środa, 4 listopada 2015

Ot dzień jak co dzień

Kiedy na dalekiej prowincji wstaje słońce Matka już dawno nie śpi... Zazwyczaj. Dziś nie. Cud. Radość, zdziwienie, oczy Matka otwiera nie wyrwana ze snu krzykiem, lecz sama, łagodnie, dziwnie wyspana. Myśl pierwsza, co robi Syn, czy żyje, czy oddycha, co zmajstrował że taka cisza. Matka spogląda na wyświetlacz swojego telefonu, godzina 7 dochodzi. Spogląda na dziecko, stoi w swoim łóżeczku uśmiecha się, jak gdyby nigdy nic, nic mu nie jest...

Gdy tak miło zaczyna dzień Matka nic nie może jej nastroju popsuć. Nawet krzyki i płacze Syna w spożywczaku na zakupach. Nawet armagedon przy śniadaniu. I to że znów każdy kęs kanapki jest skrupulatnie wyciągany przez Syna z buzi i rozrzucany na podłogę w jednym celu oczywiście - dla psa. Bo odkąd Syn Matki zorientował się że psa można karmić bezpośrednio z krzesełka do karmienia, i że czworonóg wtedy cieszy się i skacze i wylizuje rączki Syna, to Matka nie potrafi przeciwdziałać temu procederowi. Dzieje się po prostu.

I Matkę już nic nie zdziwi, nawet to że Syn jej, 10 miesięczny, zabawkę psa swego, sznurki takie, ot troki zwyczajne, w zęby wziął, i ucieka przed Matką raczkując w te pędy...

Matka musi chyba zweryfikować plan swój wychowywania Syna w towarzystwie zwierzęcia tego, bo Syn gotów szybciej uczyć się od psa niż od ludzi jak widać... 

Musi więc Matka to przetrawić dokładnie, zrobiła już dobry podkład, zjadła rydze na maśle prosto z patelni... przecież jest na diecie w końcu...  bo kto Matce zabroni?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli to, co właśnie przeczytałeś spodobało Ci się, poruszyło Twoje serce, lub usta do uśmiechu, pozostaw swój komentarz.
Jeśli nie, to kulturalna, konstruktywna krytyka zawsze mile widziana.




TOP