czwartek, 12 listopada 2015

Weekendowy Tatomąż


Nigdy tego nie chciałam, nie planowałam.  A jednak spadło na mnie. Mąż w delegacji. Mogłam się tego spodziewać. 70 % małżeństw na prowincji tak żyje. Moi rodzice do nich należą. Moi teściowie, moi sąsiedzi, rodziny moich koleżanek i kolegów. Część mężów, ale i żon również, pracuje za granicą, znaczna część nawet, a część w wielkich miastach naszego pięknego kraju. Dla mnie to największa zaraza XXI wieku. Nie chce nawet próbować zliczyć ile relacji upadło, ile dzieci nie zna na co dzień swoich ojców, a tylko mężczyznę który pojawia się z prezentami wypełnionymi wyrzutami sumienia raz czy dwa razy w miesiącu albo rzadziej. Daj Boże jeżeli pojawia się co tydzień.

Przeraża mnie takie życie. Zaznałam go jako dziecko, wtedy nie regularnie. Tata wyjeżdżał wakacyjnie, dorobić, brał urlop bezpłatny w swojej etatowej za mało płatnej w stosunku do ilości zadań pracy i wyjeżdżał. Mama też wyjeżdżała nie raz. Bywało że nie było ich oboje przez miesiąc i zostawaliśmy sami (oczywiście nie byliśmy w tedy w wieku przedszkolnym tylko gimnazjalno-licealnym). Nie dziwie im się. Mieli czwórkę głodomorów do wykarmienia, odziania i jeszcze zapewnienia im wykształcenia. Wszystko jest w porządku dopóki wiesz że rodzic wyjechał na miesiąc lub dwa i jak wróci to wszystko wraca do normy. Dla nastolatka to nawet ciekawa sytuacja. Bo nagle sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Ale po tygodniu zachłyśnięcia się wolnością szybko zaczynasz rozumieć że bez mamy i taty jest tak... tak jakoś bez sensu? W sumie nie mała szkoła życia.

Tata mojego Szanownego Małżonka całe życie pracuje w delegacji. Nie licząc może pierwszych 5-6 lat Jego małżeńskiego życia. Kiedyś powiedział do mnie, gdy nie byłam jeszcze Jego pełnoprawną synową, żebym nigdy nie pozwoliła aby mój mąż pracował w delegacji. Bo to najgorsza z możliwych opcji dla małżeństwa i rodzicielstwa. Wiedział co mówi. Człowiek tak samo jak szybko się przyzwyczaja do drugiej osoby, tak samo jest wstanie się od niej odzwyczaić. A wtedy szybko się denerwujemy na siebie na wzajem. Cóż, muszę przyznać że radę teścia wzięłam sobie głęboko do serca.

Gdy zaszłam w ciąże postanowiliśmy że wracamy na wieś gdy tylko urodzę. Mąż miał szukać pracy jeszcze przed rozwiązaniem abyśmy gładko znieśli przeprowadzkę. Ja się pogodziłam z tym że po urlopie macierzyńskim nie wrócę już do swojej dotychczasowej pracy. Niestety z szukaniem pracy mój Szanowny zwlekał... i zwlekał... Miesiące mijały. Ja z dzieckiem na prowincji. On w dużym mieście. W domu na weekendy. Dostawałam szału. Gdyby nie moja Mama pewnie nie dałabym rady. A propos, mój Tata teraz również w delegacji, przyjeżdża do domu co piątek. My z mamą, dwie kobitki i dziecię moje, radzimy sobie cały tydzień same. Z drewnem na opał, z cieknąca pralką, z koszeniem areałów trawnika i wszystkimi innymi drobiazgami na które nasi mężowe nie mają czasu ani siły gdy wpadają do domu jak po ogień na sobotę i niedziele. Potem cały weekend trzeba stać przy garach aby przygotować mężom posiłki na cały tydzień i tak w koło Macieju. Taki żywot słomianych wdów.

Było coraz gorzej. Zmagałam się z przedłużającym baby bluesem i wielką tęsknotą za mężem. Napisałam nawet kiedyś, całkiem nie dawno, do męża w przypływie złych emocji taka wiadomość, w środku nocy...

Jeżeli w najbliższym czasie nie prześpię w całości 2-3 nocy to oszaleje. 
jestem na skraju wytrzymania fizyczno-psychicznego. 
nawet nie wiesz jak Ci kurwa zazdroszczę że cały tydzień śpisz. 
co z tego że wstajesz o 7 rano ale przynajmniej śpisz o 2 w nocy. 
a jak widzę jak w weekend gdy przyjeżdżasz, masz skwaszona minę
 ze czasem wstaniesz do Syna (imię) to mnie kurwica bierze.
 nie narzekam normalnie, ale dziś to wszelkie granice przekroczyłam. 
no kurwa. a i jeszcze. 
skutecznie przez ten  niemal rok pracowałeś nad tym żebym odzwyczaiła się od męża. 
i udało Ci się. w tym momencie jestem już tylko matką, bo żona się nie czuje. 
nie wiem co teraz zrobisz. 
niestety nad miłością trzeba pracować. 
ja już nie walczę. próbowałam. 
sygnalizowałam że Cie potrzebuje. 
bez odzewu. 
może jeszcze coś się tli. we mnie. w nas. 
ale ja już do tego ognia nie dokładam.

Tak wiem, jestem bezlitosna. Kropka nienawiści miażdży. Ale podziałało. Mój kochany Szanowny Mąż od nowego roku będzie znacznie częściej w domu. Ostatecznie to praca sama Go znalazła, ale liczy się efekt. U mnie się skończyło dobrze, ale byliśmy narażeni na rozłąkę tylko rok. Co z parami, co z rodzinami, które żyją w ten sposób całe życie? Nie mam rad. Sama ledwo to przerwałam. Jedno jest pewne. Aby być w stanie coś takiego przetrwać trzeba albo kochać bardzo bardzo mocno, albo nie kochać i kalkulować, na chłodno. Znam i takie przypadki niestety. Idealnie by było gdyby mąż mógł pracować na etacie 8 godzin dziennie, być wieczorami i weekendy w domu i żeby to starczało na w miarę godne życie. Ale czy ja jeszcze dożyję takich czasów? A jak jest u Was?

Oczywiście kocham swojego Szanownego Małżonka najbardziej na świecie i zazwyczaj nie pisuje do niego takich SMS-ów. Tak że nie martwcie się, nie rozwodzimy się :-)





13 komentarzy:

  1. Mój ojciec od zawsze pracuje jako kierowca tira bądź autokaru i wracał czasem tylko raz w miesiącu, a czasem częściej. Raz zdarzyło mi się nie widzieć z nim 4 miesiące, a dla małej dziewczynki to szmat czasu. Przez te jego wyjazdy, nigdy nie miałam z nim dobrego kontaktu. Był, bo był i tyle. Dlatego nie chciałam nigdy tego samego dla swoich dzieci. I udało się. Mąż pracuje u siebie, wraca każdego dnia, wolne weekendy. A mi serce rośnie, jak widzę jego relacje z Hanią. Życzę Wam tego samego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się że Wam się udało. Bo dla każdego dziecka takie wyjazdy to trauma. Mam nadzieję że u nas będzie co raz lepiej po zmianach jakie się szykują. Pozdrawiam i dziękuje.

      Usuń
  2. Nie mogłam jakoś zalogować się wcześniej i to wyżej to też ja :-) Będę tu zaglądać! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. W takim razie z niecierpliwością czekam na post pt. "Ale się dziś wyspałam!" (nawet jeśli "wyspałam" w pewnym okresie życia matki oznacza sen 5 godz bez przerwy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też na to czekam! Nie omieszkam wtedy taki post wystosować ;)

      Usuń
  4. U nas na szczęście tata-mąż w domu, raczej czasem znikam na kilka dni. Rozumiem jednak, że może być Ci bardzo ciężko, kiedy brakuje tego codziennego wsparcia. Z czasem będzie łatwiej, z czasem będziesz częściej i więcej sypiać - teraz trzymaj się mocno i nigdy, przenigdy nie poddawaj przygnębieniu - walcz o radość :) Trzymam mocno kciuki i będę zaglądać - również czekam na wiadomość "jestem wyspana" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wsparcie. Teraz to już może być tylko lepiej. Zwłaszcza że idzie zima, a we dwoje cieplej pod kołdrą :) Zresztą Szanowny nie na darmo nazywa mnie swoim kaloryferem :) haha

      Usuń
  5. A ja bardzo się cieszę, że u Was koniec z delegacjami. Co prawda sama wyemigrowałam, ale świadomie, z wyboru. Męża zabrałam ze sobą i już nie oddam żadnym delegacjom, które przed ślubem były normą. Świetnie piszesz, powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Alicja! Można być wszędzie byle razem. Dom jest tam gdzie jesteśmy MY :)

      Usuń
  6. Trudny temat. Ważne, że u Ciebie skończyło się pomyślnie. Chyba każda kobieta, szczególnie, gdy ma małe dziecko, przechodzi takie załamania. A gdy nie ma obok mężczyzny i została z tym sama, to jest jeszcze gorzej. Ja mimo posiadania narzeczonego dzień w dzień - czasami mam ochotę mu tak powiedzieć :) Ale związki nie są łatwe. Najważniejsze, to dojść do jakeigoś porozumienia, dogadać się i przede wszystkim - rozmawiać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje rozmowa to podstawa :) Dodałabym do tego jeszcze zwykłe codzienne uprzejmości, jeżeli jedna strona jest miła to i druga z czasem zaczyna i od razu dzień jakiś przyjemniejszy :)

      Usuń
  7. Byłam taką słomianą wdową przez 3 miesiące. Mąż wyjechał do nowej pracy, na drugi koniec Polski, kiedy mała miała niecały miesiąc. Miał nas ściągnąć, kiedy tylko otrzyma propozycję dłuższej współpracy. Tak też się stało, ale ten czas, kiedy go nie było wspominam jak piekło na ziemi. Sama z dzieckiem, którego w ogóle nie znałam, nie rozumiałam... Niby było moje, ale... Byłam kłębkiem nerwów, Hania uwielbiała mnie i moje cycki, a ja nie miałam siły :( Ale jakoś dałam radę. Mężowi też nie było lekko, kiedy średnio co kilka godzin odbierał ode mnie telefon, a ja wyrzucałam mu, że go nie ma, że nie pomaga, że ja nie dam rady, że nie wiem, czemu ona znowu płacze, itp. To były "tylko" 3 miesiące...
    Dlatego podziwiam Cię i serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że to co najgorsze już za Wami i za nami też już prawie :) Jeszcze muszę przetrwać szkolenie Męża w stolicy i potem mam nadzieje, że będzie już znacznie częściej w domu :)

      Usuń

Jeśli to, co właśnie przeczytałeś spodobało Ci się, poruszyło Twoje serce, lub usta do uśmiechu, pozostaw swój komentarz.
Jeśli nie, to kulturalna, konstruktywna krytyka zawsze mile widziana.




TOP