wtorek, 24 maja 2016

3 minuty

Nasikałam na ten test. Trzy minuty oczekiwania. Chociaż w głębi duszy wiedziałam jaki będzie wynik, to czułam stres. W brzuchu latały mi, nie rozkoszne motylki lecz stado wielkich ciem. Czułam, że zbliżają się do ognia. To nie był plan, to nie były starania. Chciało by się rzec, tak wyszło. Jest ryzyko jest zabawa. Jesteśmy dorośli, po ślubie, więc w sumie czego tu się bać, a jednak. Trzy minuty, milion myśli. Może jednak nie, a co jeśli tak. W sumie to przecież chciałaś, a teraz się boisz. Trzy minuty. Jest. Dwie kreski. Różowe. Tak wyraźne, że nie może być inaczej. Nieodwołanie.

Pamiętam dokładnie ten dzień. Pamiętam jak uderzyła mnie ta fala gorąca. Zakręciło mi się w głowie, dokładnie takie samo uczucie jak tuż przed omdleniem. Skorzystałam ze znanego mi sposobu żeby nie stracić przytomności. Wzięłam głęboki oddech i popatrzyłam w górę. Jedna myśl waliła mi w głowie. NIC już nie będzie TAKIE SAMO. Właśnie moje życie się zmienia. Czy tego chcę, czy nie. Poczułam jak spada na mnie gigantyczny ciężar odpowiedzialności, ciężar który wydawał mi się znacznie za duży jak na moje barki. Wyszłam z łazienki, w przedpokoju wzięłam kilka głębszych wdechów. Jego nie było. Miał wrócić lada moment. Przeglądnęłam się w lustrze. 
- O Kurwa, jestem w ciąży
Słowo 'kurwa', matce nie przystoi - zmitygowałam się. Położyłam się na kanapie, na plecach. Było ciepło, słońce już wlewało się do małej kawalerki którą wynajmowaliśmy. NIC JUŻ NIE BĘDZIE TAKIE SAMO, dudniało mi w głowie. Będę mamą. Leżałam i głaskałam swój brzuch. Zaczęłam do niego mówić. 
- Cześć to ja, Twoja mama. Spędzimy trochę czasu razem, Ty w moim brzuchu i ja. Już cię kocham, chyba, a przynajmniej zrobię wszystko żeby tak było i żebym była dobrą mamą. Nie martw się, jestem tak samo przerażona jak Ty.

 Przyszedł on, wiedział co się święci, wiedział, że robiłam test. 
- Cześć! - dostaje całusa w usta - I jak? 
- Będziesz tatą, jestem w ciąży...
Uśmiechnął się. Szczerze. Widziałam w jego oczach wszystko. Miłość, radość i strach. Przytulił mnie. 
- A nie mówiłem, że napewno jesteś w ciąży? 
Trochę się trzęsłam. Taka reakcja. Przytuliłam się jeszcze mocniej. Poczułam jego zapach. Zapach bezpieczeństwa. Zrozumiałam, że będzie dobrze. Dalej nie pamiętam. Pewnie gadaliśmy już tylko o tym do wieczora.

Całe 40 tygodni czekałam. Czekałam na to moje szczęście, co to je nosiłam pod sercem. Czekałam na największą przygodę mojego życia i na największą miłość. On był i wspierał. Razem na badania, razem do lekarza. To był piękny czas. Przeplatany moim narzekaniem i humorami. Ale i euforią i strachem. Dostawałam leki, bo moja macica stawiała się zbyt wcześnie. Miałam odpoczywać i czekać. Ostatnie tygodnie ciągnęły się nieubłaganie. Byłam coraz cięższa i coraz bardziej niecierpliwa. Porodu się nie bałam, nastawiłam się zadaniowo. Mama mi powtarzała, że pierwszy poród jest fajny, nie wiesz co cię czeka i idziesz jak to ciele na rzeź. Więcej jest mądrości w tych słowach niż w niejednym poradniku dla przyszłych mam. Naprawdę nie wiesz co Cię czeka. Modliłam się o dobry poród. Wiedziałam, że noszę zdrowe dziecko. Najważniejsze teraz było, żeby poród przetrwało też zdrowe, a dalej jakoś sobie poradzimy.

Pojawiło się nadciśnienie tętnicze i spora opuchlizna. Wylądowałam w szpitalu. Bardzo zachwalanym przez moją panią doktor. Miałam być w dobrych rękach. Dostawałam leki obniżające ciśnienie i czekałam. Było kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Szczęśliwe mamy wychodziły ze swoimi noworodkami do domów. Ja czekałam. Dziecko ruszało się coraz mniej. Brzuch bolał mocniej i często był bardzo twardy. Lekarze twierdzili, że wszystko jest ok. Leżałam tak tydzień. Bez badań. Oprócz tych zrobionych podczas przyjęcia, zresztą wyniki z badania mojego moczu zaginęły i ordynator podczas obchodu zawsze chciał je widzieć, a nigdy ich nie było. Ktg dwa razy na dobę. Liczyłam ruchy i czekałam. Lekarze się zmieniali. Było przed świętami, same zastępstwa. Przyszedł inny lekarz, powiedział że zrobimy usg.  Z badania wynikało, że poziom wód płodowych jest zdecydowanie za niski. 
- Nie będziemy czekać. Z badania moczu wynika, że pani wskaźnik crp jest zbyt wysoki, do tego dziecko ma za mało wód płodowych. Jutro rano wywołujemy poród.
Odetchnęłam z ulgą, że ktoś się nami zainteresował i że niedługo będziemy już razem. Po tej stronie brzucha.

Rano założono mi "balonik"*. Miał wywołać skurczę i zrobić rozwarcie którego nie było. Nic się nie działo. Odczuwałam regularne skurcze, ale na ktg nie było ich widać. Chodziłam tak w bólach cały dzień. Wieczorem zaczęłam przysypiać. Tak minęła mi noc. Samotnie, nadal na oddziale patologi ciąży, nie na trakcie porodowym.  Rano przyszedł On. Zrobił się ruch. Zabierali nas na trakt. Nie było wolnej sali porodowej. Przywitała nas miła położna, powiedziała, że mogę iść pod prysznic. Było już 6-7 cm rozwarcia. Sali porodowej wciąż brak. Byliśmy w tak zwanej sali przejściowej. Był tam tylko goły materac. Taki pseudo skórzany, jak na wf-ie w szkole. Leżałam podpięta do ktg. Bolało mnie jak diabli co 5 minut. Położna mówiła, że chyba mnie jednak nie boli bo na ktg skurczy nie widać. Zostaliśmy sami. Położna przychodziła od czasu do czasu. W pewnym momencie ktg zaczęło bić na alarm. Tętno dziecka spadło. Znikło. Widziałam jak małe czerwone serduszko na aparacie przestało pulsować. On pobiegł wołać pomoc. Czas biegł. Minuta, dwie, trzy. Przybiegł lekarz. Trzęsącymi się rękoma szukał tętna dziecka za pomocą głowicy od ktg na moim brzuchu. Nie ma. Czas płynął. Minuta za minutą. Trzy minuty. Położna sprawdzała rozwarcie. Cały czas 6-7 cm. 
- Coś ze mnie wypłynęło... - powiedziałam.
- Co? - położna nie dosłyszała.
- Wypłynęło ze mnie...
- Panie doktorze, wody płodowe odeszły.
- zerknęła w moją stronę - są zielone, zgniłe. 
Poczułam w nozdrzach smród. Smród zgniłych wód płodowych. Pamiętam go do dziś. Smród śmierci. Czas ciągle płynął. Nikt go  nie zatrzymał. Trzy minuty.

Zwołano anestezjologów. Kładli mnie na stół. Nagle wszystko zaczęło się dziać o wiele szybciej. On został za drzwiami. Miałam podpisać jakieś dokumenty. Pamiętam tylko jak zrobiłam podpis który przypominał bardziej kreskę w kierunku nieba niż to jak zwykłam się podpisywać. 
- Proszę odliczyć do dziesięciu. - Pani anestezjolog przykładała mi maskę do twarzy.
- Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, sieeedem, oo.... - zasnęłam. Więcej nie pamiętam. Pływałam gdzieś w otchłani. Wołałam mojego syna...

Obudziłam się. Trzęsłam się z zimna. Dygotałam cała. Pielęgniarka przyniosła dodatkowe koce. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Czułam jak bym była nieprzytomna wiele godzin. Obok siedział On. Trzymał mnie za rękę.
- Co z nim? Co się stało? Gdzie jest mój syn? Żyje? Czy żyje? 
W jego oczach widziałam tylko pustkę. Pokiwał głową. W prawo, w lewo, w prawo, w lewo...

Jak to nie żyje? Gdzie jest moje dziecko? Dlaczego? Nawet go nie zdążyłam poznać, przytulić, przywitać, pocałować. To nie możliwe. To się nie dzieje naprawdę. Mój syn musi żyć. Jak to jest, że przez dziewięć miesięcy mój brzuch był dla niego najbezpieczniejszym miejscem na ziemi, by pod koniec stać się dla niego piekłem, trumną. Dwukrotnie owinięty pępowiną w okół szyi, pierwsza kupa wydalona do wód płodowych. Wyrok. Za długo pod sercem matki. Trzy minuty. Za późno. Trzy minuty za długo w moim brzuchu. Byłam matką tylko przez dziewięć miesięcy.  Dziewięć miesięcy radosnego oczekiwania na zdrowe dziecko. Które rozwijało się prawidłowo. Nigdy nie będzie mi dane przytulić go do piersi. Nigdy nie przebiorę mu pełnej kupy pieluchy. Nigdy nie powiem "uważaj bo się przewrócisz", nigdy nie będę czuwać całą noc przy jego łóżeczku. Nigdy. Nie wyślę go do przedszkola i na studia. Nie będę jego mamą. Nie będzie mi dane zaznać ani trudów ani radości macierzyństwa.  Bo zabrakło trzech minut... 
 



...




To na szczęście tylko koszmar kochani. Koszmar Matki. Bo gdy Matka obudziła się z narkozy, to na jej pytanie "co z nim, czy żyje?" jej mąż odpowiedział: "Tak i ma się dobrze. Cały i zdrowy. 3190 gram, 52 centymetry. 8 punktów, spokojnie jest w inkubatorze". To było najlepsze co mogła Matka usłyszeć. Ulga i radość. Po tym wszystkim, najgorsze co pamięta Matka z porodu, to nie ból.  Nie cierpienie. Nie zimny materac. Ale strach. Strach o życie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że smród śmierci unosił się w powietrzu. Wtedy, tam na porodówce. Do dziś go czuje. Wiem, że było blisko. Że za trzy minuty mogło być już za późno...

Wiesz ile jest takich historii? Ile matek nie obchodzi Dnia Matki? Mimo, że przez dziewięć miesięcy nosiły pod sercem zdrowe dziecko? Ile Matek boryka się z rehabilitacją swoich zdrowych w trakcie ciąży, a niedotlenionych podczas porodu dzieci? Czym sobie na to zasłużyły? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego poród naturalny przeciąga się do ostatniej chwili ryzykując życie dziecka i matki? Dlaczego Matka "rodziła" 24 godziny na oddziale patologi ciąży, bez opieki położnej, by potem spędzić na trakcie porodowym godzinę i dowiedzieć się, że przecież nawet ją nie boli. A do porodu jeszcze daleko, bo ktg nie wykrywa skurczy. Tak. Nie urodziłam swojego Syna. Wyciągnęli mi go z brzucha. Cieszę się z tego powodu. Gdybym go urodziła naturalnie już by nie żył. Udusił by się własną pępowiną, zatruł smółką. Dziękuje za te trzy minuty, które lekarze wyrwali diabłu z pod ogona by ratować moje dziecko. I nie dziękuje za te 24 godziny za długiej i zbyt wolno postępującej akcji porodowej, która powinna być przerwana kilka godzin wcześniej. Bez niepotrzebnego ryzyka. Bez narażania życia mojego dziecka.

Bo największą tragedią jest wyruszyć do szpitala we troje, a wracać we dwoje...





*cewnik foleya.
 foto pixaabay.com 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jeśli to, co właśnie przeczytałeś spodobało Ci się, poruszyło Twoje serce, lub usta do uśmiechu, pozostaw swój komentarz.
Jeśli nie, to kulturalna, konstruktywna krytyka zawsze mile widziana.




TOP