niedziela, 10 lipca 2016

Blogoland


Matka bardzo chce Wam o czymś opowiedzieć. O tym, co przeżyła w czasie dwóch upalnych czerwcowych dni. Tak gorących, że Matka z Ojcem aż się kleili. Od potu oczywiście. Nie, że się Ojciec do Matki kleił, nie wyobrażajcie sobie za dużo.  Bo i Syn się kleił. I wszyscy w okół. Mężczyznom po karku spływały strugi potu, a kobietom między cyckami. Zdarzyły się poparzenia słoneczne, a zmęczenie dawało się we znaki. A mimo tego wszyscy byli zadowoleni i szczerzyli swoje zębiska. Jak to w ogóle możliwe? Wszystko przez jedną drobną, choć obecnie z brzuchem w typie piłka, kobietę. Wszyscy już wyrazili tyle zachwytu nad Klaudią z Niezłe Ziółko, organizatorką całego zamieszania, że Matce nie pozostaje już nic tylko powiedzieć DZIĘKUJE. Na prawdę nie wiem jakie były kryteria przyjmowania na Blogoland i jakim cudem Matka się tam dostała, ale to było bardzo ciekawe doświadczenie, na dwa dni wyrwać się z prowincji i poobracać się między Gwiazdami Blogosfery (if ju noł łot aj min). 

Po tym przydługim wstępie, nie rezygnujcie, czytajcie dalej.

Z prowincji do Rabki nie jest bardzo daleko. A i tak Matka z Szanownym i Synem dojechali na styk. Po sprawdzeniu wcześniej prognozy pogody, Matka już na starcie wiedziała, że to będzie bardzo ciężki dzień. Syn to wyjątkowy nieznośny typ w upalne dni, zwłaszcza na "obcym" terenie. Oczami wyobraźni Matka widziała problemy ze zjedzeniem obiadu, aferę przy okazji drzemki i focha z przytupem, a właściwie leżącego i wijącego się Syna na ziemi w celu wymuszenia przejazdu daną kolejką. Czasem na prawdę Matka żałuje, że ma aż tak dobrą wyobraźnie. Ale cóż, bycie inżynierem zobowiązuje. Zaprojektowałam ten dzień aż nadto dobrze.

Po dojechaniu pod pensjonat Prezydent, rzuciliśmy w pośpiechu bagaże do naszego małego, ale za to usytuowanego w strategicznym miejscu pokoju. Po czym pojechaliśmy busem z pierwszą grupą do RABKOLANDU. Matka szukała jakiś znanych jej twarzy z bogów które odwiedza. Bo z pośród prawie 30 dziewczyn które znalazły się na Blogolandzie znała tylko Agę z MyLifeStyle, którą poznała w Rzeszowie. Pierwszą ofiarą Matki została Pewna Mama. Się dziewczyna poczuła obruszona, że ją zaczepiło obce babsko i powiedziało: "cześć, Ty jesteś Marta z bloga Pewna Mama, czytam Cię, miło mi!". Naprawdę nie wiem jak Matka śmiała się tak zachować, na szczęście potem Marta jej wybaczyła. To dobrze bo inaczej Matka popadła by czarną rozpacz przez to swoje faux pas. Pamiętaj prowincjonalna blogerko, nigdy nie zaczepiaj tych wielkomiejskich! (buhahaha ;) )

Matka nie zważając na to, że nikogo nie zna dalej z bananem na twarzy dała się porwać w wir atrakcji. Na pierwszy rzut był wykład Pana Eugeniusza, seniora rodu, założyciela Rabkolandu. Pasja Pana Eugeniusza wzbudza podziw i to jak opowiadał o parkach rozrywki w Polsce i na świecie zrobiło na Matce super pozytywne wrażenie. Chociaż muszę przyznać, że urocza córcia Nadine z Macierzyństwo Raz bawiąca się nieopodal, skutecznie rozpraszała Matkę, ale taka słodka istota nie jest niczemu winna. To Matka musi się zastanowić nad sobą, bo ostatnio za często spogląda w kierunku małych dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Oj oj, Matka, wybij sobie rodzeństwo dla Syna z głowy jak na razie! Syn zainteresował się niesamowitą makietą Rabkolandu, która znajduję się w Muzeum Orderu Uśmiechu w którym trwały prelekcje. Nie ma się co dziwić, kolorowa i pełna światełek makieta zauroczyła wszystkie dzieci i dorosłych też. Ponad 30st upał dawał się we znaki, i tu ukłony dla dziewczyn z Uzdrowiska Rabka, które zważając na panująca temperaturę sprawnie opowiedziały o dobrodziejstwach solanek z uzdrowiska. Matka zna rabczańskie solanki i poleca do inhalacji dla maluchów. 




Matka jak to Matka, kątem oka zaobserwowała jak Szanowny z Synem uciekają z Muzeum Orderu Uśmiechu na zewnątrz, Mina Szanownego mówiła wszystko. Zaczyna się. Pierwsza godzina w Rabkolandzie, a Syn już marudzi. A plan dnia napięty! 

Ruszyliśmy do Muzeum Górali i Zbójników. Miejsce pełne zagadek i do tego niesamowicie interaktywne, które prowadzą ludzie z pasją. Jest kilka tras do zwiedzania, ale Syn Matki opracował swoją własną. Tak więc Matka lawirowała pomiędzy poszczególnymi grupami i biegała za Synem który chciał wyjść na każdy kamień, i każdy konar, domagał się tego tonem (raczej krzykiem) nie znoszącym sprzeciwu. Matka potulnie wykonywała polecenia, lepsze to niż afera i wijący się Syn po klepisku. Z chaty góralskiej, w której panowała nieziemska temperatura zdecydowanie poniżej 30st., Syn koniecznie chciał wynieść eksponat. Drewnianego konia na kółkach, zresztą takiego, jakiego niemalże identycznego ma w domu. Sporo gimnastyki kosztowało Matkę z Ojcem odebranie go niewyspanemu, zdenerwowanemu półtoraroczniakowi. Ostatecznie jednak z Muzeum Górali i Zbójników wynieśliśmy tylko dobre wspomnienia, nie eksponaty.




Droga powrotna busem do Rabkolandu była dla Matki wytchnieniem, po pierwsze bus był klimatyzowany, a po drugie Syn w pojazdach mechanicznych cudownie się uspokaja. W przelocie rzuciłam tylko do Pewnej Mamy (jejjj, naprawdę mogła poczuć się osaczona!) zdanie że: "pocieszające jest tylko to, że wszyscy tu spocili się po równo", więc nikt nie powinien czuć się niekomfortowo. 

Przyszedł czas na wykłady Agi Szuścik z Akademii fotografii. Na prawdę jeśli mieszkacie w Krakowie albo Warszawie to wyślijcie dzieci na warsztaty do Agnieszki. Jest bardzo pozytywną osobą i posiada wiedzę którą przekazuje w super przystępny sposób. Dzięki Agnieszce nie skończyło się tylko na wiedzy teoretycznej, ale przyszedł czas na wykorzystanie informacji z wykładów w praktyce. Efekty tej współpracy poznacie wkrótce. 



Czas mijał, a Syn nie miał zamiaru położyć się na drzemkę. Jeść nie, spać nie, wszystko NIE. Matka dostawała nerwicy, doszło do tego, że klęła pod nosem i nerwowo pchała wózek z Synem który miał szeroko otwarte oczy, a jakże. Naprawdę, Matka nie wyglądała na szczęśliwą, zawsze ułożoną z uśmiechniętym i czystym dzieckiem blogerkę parentingową. Ale cóż, Matka taka nie jest i nawet nie aspiruje do takich tytułów. Wiecie jak u nas jest, jeśli tu zaglądacie częściej. Matka prawdę Wam powie. Dzieci naprawdę czasem dają w dupę swoim rodzicom, do tego stopnia, że chce się błagać o litość. Oj Matka wtedy, w Rabkolandzie, błagała o litość. Po tym jak makaron, który zawsze jest pewniakiem jeżeli chodzi o upodobania smakowe Syna, wylądował w sporej części na ziemi, zrozpaczona Matka odkryła, że w barze z fast-foodami, do którego wcześniej, tak z założenia, nawet nie podeszła serwują zupę. Zupę pomidorową! Ludzie, ten Rabkoland to raj dla dzieci i ich rodziców. Podają świeżą zupę! Pomidorową z makaronem. Nie zdajecie sobie sprawy jak się cieszyła Matka z powodu tej zupy. A gdyby tego było mało, Matka z Ojcem odkryli, że przy teatrzyku warzywnym Synowi poprawia się humor. I tak, w końcu, po wielu godzinach, Syn przy akompaniamencie śpiewającego brokuła, pochłonął zupę pomidorową. To był znak, teraz miało być już tylko lepiej. Te śpiewające warzywa spodobały się Synowi Matki do tego stopnia, że większość czasu spędziliśmy właśnie tam, po czym tekst piosenki Matka znała niemalże na pamieć, a Ojciec nagrał cały teatrzyk na telefon aby w razie kryzysu u Syna mieć całkiem nowe koło ratunkowe. I nikt z nas nie ma wątpliwości, że pomidor to mistrz soczystości! 

(film z teatrzykiem można obejrzeć na fp Rabkolandu)

Po ciężkim, ale w ostatecznym rozrachunku fajnym dniu Rabkolandzie, przyszedł czas na szybkie odświeżenie i wykłady w pensjonacie. Wykłady zdecydowanie za krótkie Pani Renaty z centrum terapeutycznego "Tęcza" o tym co przenosimy z domów rodzinnych w kwestii naszych zachowań do naszych małżeństw/rodzin i Pani Magdaleny ze Studia My, coucha żywieniowego. Dzięki analizie składu ciała którą przeprowadzała potem Pani Magdalena dla chętnych, Matka dowiedziała się że jej BMI mieści się już w normie, a organy wewnętrzne nie są obtłuszczone. Czyli wszystko jest na dobrej drodze. Zresztą razem z Izą z Po Drugiej Stronie Brzucha zgodnie stwierdziłyśmy, że ta odrobina tłuszczu ponad normę, która nam towarzyszy zdecydowanie mieści się w cyckach. I tego Matka się trzyma. Potem przyszedł czas na warsztaty kosmetyczne z firmą COLWAY INTERNATIONAL która Matka poznała już wcześniej. Nie ma się co tu rozpisywać, po prostu: dobre bo POLSKIE. Klaudia zadbała o wszystko, i podczas gdy Matki słuchały wykładów, dzieci z ojcami oglądały teatrzyk. Podobno był świetny, ale Syn Matki w końcu przestał walczyć z grawitacją i przespał cały. Na szczęście! Dzięki Bajadurka!

Przyszedł i czas na integracje. Przy dźwiękach Kapeli Góralskiej były ploty i picie z narty. Nie pytajcie o co chodzi. Powiem Wam tylko tyle, że pokój strategiczny był naprawdę strategiczny, a Szanowny okazał się bohaterem imprezy. I Matka musi tu podziękować Ani z Świata według D.N.A, jesteś ultra otwartą babką. Jakkolwiek to brzmi. Tyle energii w takiej "małej" osobie i do tego matki trójki dzieci. Ju mejd my dej. A nawet tydzień. To był na prawdę miły wieczór. W towarzystwie Pewnej Mamy która ostatecznie wybaczyła Matce wszystkie zaczepki. Z filiżanką kawy, która tak jak Matka, picie z narty wpisuje sobie do CV. Z cudowną Mitomamką, która tak jak Matka gubi się w fejsbukach, lajkach i innych blogowych zawiłościach. I wieloma innymi cudownymi dziewczynami których nie mam siły wymieniać bo właśnie minęła godzina 2 w nocy, a Matka jeszcze koniecznie chcę wam opowiedzieć o drugim dniu w Rabce. 

Matka musi się przyznać. Powzięła postanowienie. Musi koniecznie jeszcze wrócić do Rabki aby na spokojnie przejść się po parku zdrojowym. Jest niesamowity, niestety szybki spacer po nim to dla Matki zdecydowanie za mało. A właśnie od spaceru z przewodnikiem po Rabce zaczęła się niedziela. Potem przyszedł czas na superowy (każde dziecko Ci to powie) Skansen Taboru Kolejowego w Chabówce. Syn Matki i wszystkie dzieci na Blogolandzie były urzeczone. Się im Matka nie dziwi, jej też się podobało. Potem został czas na istne szaleństwo w Rabkolandzie. To była bardzo miła niedziela, zwłaszcza, że w wspomnianym wyżej barze z fast-foodami serwowali rosół, a kilka alejek dalej pyszną pizze z pieca opalanego drewnem. Zresztą zobaczcie sami.









Te wszystkie piękne zdjęcia oglądacie dzięki KOŹLIKI AMATORGRAPHY

Spotkania by nie było gdyby nie organizatorzy:

I partnerzy wydarzenia:

Patronat medialny: 


*ten wpis bierze udział w konkursie Akademii Fotografii

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jeśli to, co właśnie przeczytałeś spodobało Ci się, poruszyło Twoje serce, lub usta do uśmiechu, pozostaw swój komentarz.
Jeśli nie, to kulturalna, konstruktywna krytyka zawsze mile widziana.




TOP